https://e-budownictwo.pl
reklama

Prawo własności to w Polsce religia. Kto nie ma mieszkania, ten grzeszy

Michał Piękoś
Kredyt jako triumf, najem jako degradacja. Absurd, który rządzi rynkiem mieszkań
Kredyt jako triumf, najem jako degradacja. Absurd, który rządzi rynkiem mieszkań fot. 123rf.com
W Polsce najważniejsze nie jest, kim jesteś, co robisz, co potrafisz, ani nawet – co myślisz. Najważniejsze jest to, czy masz mieszkanie. A dokładniej: czy masz mieszkanie na własność. Bo własność w Polsce nie jest instytucją prawną. Jest sakramentem. Jest rytuałem przejścia, dowodem obywatelstwa i papierkiem lakmusowym wyższego stanu moralności. Ale świat Zachodu wygląda na wskroś inaczej, a u nas wciąż panują mapy mentalne z okresu Pierwszej Rzeczypospolitej.

Spis treści

Nie masz mieszkania? Znaczy, że coś z tobą nie tak. Albo jesteś niezaradny. Albo rozrzutny. Albo „nie umiesz gospodarować”. Albo jeszcze gorzej: jesteś człowiekiem, który „wybrał sobie wynajem”, czyli w polskim kodzie społecznym dokonał czegoś na pograniczu herezji, prowokacji i kara-kiri. W kraju, gdzie wszelaka wiara ma się świetnie, własność jest religią najbardziej bezwzględną. Polską religią świecką. I jak każda religia – ma swoje świętości, swoich kapłanów, swoje dogmaty i swoją doktrynę grzechu.

Właściciel to człowiek, lokator to przypadek losowy

Polska wyobraźnia społeczna dzieli ludzi na dwie kategorie: tych, którzy „mają”, i tych, którzy „jeszcze nie mają”. Jakby wynajmowanie mieszkania nie było formą życia, tylko krótką przerwą między liceum a prawdziwym życiem. Jakby lokator był zawsze przejściowy: w drodze, chwilowy, tymczasowy. W praktyce – podejrzany. W Polsce lokator nie jest kimś, kto mieszka. Jest kimś, kto czeka na właściwe życie. Jest jak obywatel bez praw wyborczych: niby jest w systemie, ale wciąż „nie do końca”.

Dlatego z taką łatwością mówi się u nas o wynajmujących jako o ludziach „bez zakorzenienia”. Bez stabilizacji. Bez odpowiedzialności. Jakby odpowiedzialnością nie było płacenie co miesiąc czynszu, często w cenie raty kredytu – tylko raty kredytu. Jakby bank był bardziej moralny niż właściciel lokalu, choć obaj oczekują tego samego: regularnego przelewu. To jest ten moment, w którym pęka nam w głowie różnica między ekonomią a moralnością. I Polska wybiera moralność. Oczywiście moralność klasy posiadaczy.

Własność jako dowód niewinności

Zadziwiające jest to, jak działa w Polsce psychologia: mieszkanie na kredyt jest traktowane jako triumf wolności. A mieszkanie na wynajem – jako degradacja. Chociaż kredyt to przecież 30 lat przymusu, ryzyka i związania z jednym miejscem. Wynajem daje elastyczność? Błąd. Wynajem w Polsce nie daje elastyczności, tylko brak praw. Wynajem nie jest u nas usługą mieszkaniową. Jest warunkową łaską. 

Dalsza część materiału pod wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Tymczasem Europa Zachodnia ma w tej sprawie odmienne zdanie: wynajem to po prostu standard. Normalna praktyka mieszkaniowa. Żaden wstyd, żadna przejściówka, żadna „porażka życiowa”. I co najciekawsze: ta normalność nie występuje w krajach biednych, upadłych, „na dorobku”. Ona występuje w państwach, które Polska stawia sobie jako cywilizacyjny wzór: stabilnych, bogatych, z dobrymi usługami publicznymi.

Niemcy: kraj, który nie potrzebuje „swojego”

Najbardziej bolesnym kontrargumentem dla polskiego kultu własności są Niemcy – bo to jest państwo, które nie tylko funkcjonuje, ale wręcz dominuje gospodarczo w Europie, mimo że większość ludzi mieszka w najmie. Według Eurostatu w Niemczech 53 proc. populacji to najemcy. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi zaledwie 13 proc. 

I teraz uwaga: to nie jest „wynajem biedy”. To nie jest margines. To jest centrum społeczeństwa. Niemiecka klasa średnia jest w ogromnej części lokatorska – i świat się od tego nie zawalił. Nie płoną domy, ludzie nie żyją w stresie eksmisji co pół roku, dzieci nie są napiętnowane, że „mama nie ma swojego”. Po prostu mieszkają. To dlatego w Niemczech można prowadzić politykę mieszkaniową bez moralnej histerii. Tam mieszkanie nie jest sakramentem. Jest usługą i prawem. Co więcej: niemieckie statystyki pokazują skalę tego rynku wprost – ok. 19,9 mln gospodarstw domowych stanowią główne gospodarstwa najemców.

Tu najem jest polityką społeczną, nie wypadkiem

Jeśli Niemcy są kontrargumentem ekonomicznym („można być bogatym bez kultu własności”), to Austria jest kontrargumentem politycznym: można zbudować stabilność najmu instytucjonalnie. Eurostat pokazuje, że Austria jest jednym z najbardziej „najemnych” państw UE: ok. 46% ludności to najemcy. Ale prawdziwe złoto jest w Wiedniu — mieście, które Polska uwielbia cytować w kontekście jakości życia, a kompletnie ignoruje w kontekście mieszkań.

Wiedeń to nie jest miasto, gdzie najem „wyszedł przypadkiem”. To miasto, gdzie najem jest fundamentem modelu. Z danych wynika, że 76% mieszkańców Wiednia wynajmuje mieszkanie. I co, upadli? Nie. Wiedeń regularnie ląduje w europejskich rankingach jakości życia. Co więcej: szacunki wskazują, że ok. 40-43% całego zasobu mieszkaniowego Wiednia stanowi mieszkalnictwo społeczne (miejskie + non-profit).

To jest przepaść cywilizacyjna. Wiedeń nie dopłaca do kredytów, żeby podbić ceny. Wiedeń buduje i utrzymuje zasób, który stabilizuje rynek. U nas państwo działa jak niezdarny ministrant: potrząsa kadzidłem dopłat i liczy, że „rynek się uspokoi”.

Dania to kolejny kraj, gdzie najem jest masowy i społecznie oswojony. Eurostat wskazuje, że ok. 39-40% populacji Danii to najemcy. Z kolei Szwajcarski Federalny Urząd Statystyczny wprost podkreśla, że “Szwajcarzy wolą wynajmować, niż brać kredyty”, a wskaźnik własności jest niski.

Kiedy w Polsce ktoś mówi: „zróbmy stabilny najem”, natychmiast pojawia się polski egzorcysta wolnego rynku i odprawia znane zaklęcie: komunizm. PRL. Wenezuela. Kolejki. Tylko że Europa nie wymyśliła stabilnego najmu jako lewicowej fanaberii. Europa zrobiła to jako odpowiedź na proste pytanie: jak utrzymać społeczeństwo w stanie spójności i braku nierówności, a nie dzikiego polowania na metr kwadratowy? W tym sensie Polska różni się od Niemiec czy Austrii nie poziomem bogactwa, tylko poziomem dojrzałości instytucjonalnej. Tam lokator jest obywatelem. U nas lokator jest podejrzanym. I dlatego w Polsce religia własności działa tak brutalnie: bo to nie rynek zmusza nas do kultu własności. To instytucjonalna pustka zmusza ludzi do kupowania „spokoju” w księdze wieczystej.

Skąd ta miłość do własnego?

Gdyby spojrzeć na Polskę jak na mapę mentalną, a nie administracyjną, to widać od razu jedną cechę: u nas własność nie jest rzeczą. Jest ocaleniem. Jest jedynym trwałym znakiem, że człowiek nie jest czyimś dodatkiem — że nie jest tylko ciałem do pracy, nazwiskiem do ewidencji, numerem do mobilizacji, lokatorem do wyrzucenia. Polska jest krajem, który wielokrotnie przeżywał epoki, w których nic nie było pewne poza tym, że władza przyjdzie i weźmie, co zechce.

W takim świecie jedyną realną formą wolności przestaje być słowo, a staje się rzecz. Ziemia, dom, własny kawałek podłogi. I dlatego w polskiej kulturze własność nigdy nie została tylko kategorią ekonomiczną. Stała się kategorią wyższą. Stała się dowodem godności. Dowodem, że człowiek „doszedł”. Że nie jest już przedmiotem w cudzych rękach. I to ma swoje korzenie głębiej niż PRL, głębiej niż transformacja, głębiej niż kredyt hipoteczny. To zaczyna się w epoce, w której Polska była potęgą — ale potęgą skonstruowaną na fundamencie wyjątkowo brutalnego porządku społecznego.

Inne korzenie

W europejskim centrum — w Anglii, Niderlandach, części Niemiec — rozwijały się miasta, handel, prawo. W Rzeczypospolitej rozwijało się coś innego: folwark. Mechanizm gospodarczy genialny w prostocie i brutalny w skutkach: tanie zboże eksportowane Wisłą, praca chłopska jako paliwo, szlachta jako właściciel wszystkiego. W tym świecie chłop nie miał tego, co my dziś uznajemy za „naturalne”: swobody przemieszczania się, ochrony prawa, czy nawet podmiotowości wobec pana. Był przywiązany do ziemi. Dosłownie. Jego ciało było w praktyce narzędziem produkcji.

W takiej strukturze społecznej własność staje się czymś absolutnym. Własność jest jedyną tarczą. Bo prawo nie chroni człowieka jako takiego. Chroni człowieka posiadającego.To nie jest tylko polska specyfika — feudalizm wszędzie w Europie był oparty o własność — ale w Polsce, przy skali pańszczyzny i wyjątkowo mocnym politycznym przywileju szlachty, własność miała status niemal ontologiczny: kto nie ma, ten nie jest. I teraz ważne: ten system trwał bardzo długo. W zachodniej Europie chłopi wychodzili z zależności wcześniej. W Polsce pańszczyzna utrzymywała się z pełną mocą aż do XIX wieku, a mentalnie — jeszcze dłużej. I to zostawiło w społeczeństwie głęboki osad.

Własność jako jedyna ojczyzna

Potem przyszły rozbiory. Polska znika z mapy. Przez 123 lata Polacy żyją w trzech różnych systemach zaborczych. I znów: władza jest obca, zmienna, podejrzana. Nie ma instytucji, którym można zaufać. Jest administracja państwowa — ale ona nie jest „nasza”. Jest prawo — ale nie jest „nasze”. Jest wojsko — ale służy cudzym celom.

W takiej sytuacji własność prywatna staje się miniaturową ojczyzną. Własne gospodarstwo, własny dom, własny warsztat — to jest coś, czego nie da się tak łatwo odebrać, jak flagę czy szkołę. To jest coś, co przetrwa rządy, zmiany granic, przemarsze wojsk. W Europie Zachodniej państwo bywało dla obywatela tarczą. W Polsce często było dla obywatela zagrożeniem. To buduje fundamentalny nawyk: nie ufaj instytucjom, ufaj tylko temu, co twoje.

PRL tylko tę logikę wzmocnił, choć w sposób paradoksalny. Z jednej strony państwo rościło sobie prawo do tego, by być właścicielem wszystkiego. Własność prywatna była podejrzana, reglamentowana, przycinana. Z drugiej strony PRL – wbrew liberalnym mitologiom – dawał wielu ludziom względną stabilność zamieszkania: spółdzielnie, przydziały, meldunki, całą tę toporną machinę, która bywała opresyjna, ale często oznaczała jedno: nikt cię nie wyrzuci w miesiąc, bo właściciel zmienił zdanie albo znalazł kogoś bogatszego. To była stabilność siermiężna, ale realna.

Transformacja po 1989 roku przyniosła Polakom wolny rynek, ale nie przyniosła im państwa dobrobytu. I to jest moment, w którym mit własności zmienił się w dogmat. Obywatel usłyszał: radź sobie. Mieszkanie kup sam. Zdrowie zabezpiecz prywatnie. Edukację popraw korepetycjami. Opiekę nad dzieckiem rozwiązuj rodziną. Emeryturę… najlepiej w ogóle nie myśl, bo jeszcze się przestraszysz. Własność stała się prywatną polisą na życie. Jedyną formą bezpieczeństwa, na którą można liczyć, skoro instytucje są chwiejne albo obojętne.

Najem jako przyszłość, której Polska się wstydzi

Paradoks polega na tym, że Polska będzie musiała w końcu przeprosić się z wynajmem. Z konieczności. Bo nie da się utrzymać mitu powszechnej własności w kraju, w którym ceny mieszkań rosną szybciej niż płace, a dziedziczenie staje się głównym mechanizmem awansu. Własność będzie coraz bardziej dziedziczna, a coraz mniej zasłużona. I wtedy nasza religia pokaże swoją prawdziwą twarz: nie będzie już opowieścią o „zaradności”. Będzie opowieścią o genealogii. To będzie droga, abyśmy stali się społeczeństwem wolnorynkowym w typie, który znamy z Ameryki Łacińskiej, a nie Europy Zachodniej. 

Jak to zatrzymać? Państwo musi wreszcie przestać traktować najem jak gorszą drogę życiową. I stworzyć ramy, w których lokator nie jest podejrzany, tylko jest obywatelem. Bo dziś lokator jest w Polsce kimś w rodzaju „obywatela czasowego”. A przecież mieszka, pracuje, płaci podatki, buduje to miasto. Tyle że nie ma własnego M2, więc moralnie wciąż „nie zaliczył”.

Zdetronizować bożka

Najwyższy czas powiedzieć to wprost: prawo do mieszkania jest prawem. Tak napisaliśmy w konstytucji. Mieszkanie nie może być wyłącznie instrumentem inwestycyjnym i nośnikiem prestiżu, bo wtedy społeczeństwo przestaje być społeczeństwem. Staje się rynkiem. A na rynku – jak wiadomo – ktoś zawsze jest towarem. Religia własności wciąż obiecuje zbawienie: „kupisz swoje, będziesz kimś”. Ale w praktyce oferuje tylko nową hierarchię. Nowy podział na wybranych i wykluczonych. Na ludzi, którzy „mają”, i tych, którzy mają się wstydzić. A ja proponuję herezję prostą jak oddech: lokator też jest obywatelem. I ma prawo mieszkać, nie klękać.

Komentarze

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze!
Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Polecane oferty
* Najniższa cena z ostatnich 30 dniMateriały promocyjne partnera
Wróć na e-budownictwo.pl E-budownictwo