Spis treści
Temperatura codzienna, a nie graniczna
Pierwsze zimne noce przebiegają według dobrze znanego schematu. Spadek temperatury poniżej zera oznacza przejście instalacji grzewczej w tryb niemal ciągłej pracy. Pompa ciepła, która wcześniej modulowała moc w komfortowych warunkach, zaczyna działać intensywnie i bez przerw. Co istotne, nie dzieje się to przy krótkotrwałych epizodach mrozu rzędu -20°C, lecz właśnie przy około -7°C.
To temperatura typowa dla zim w Europie Środkowej. Powtarzalna i długotrwała, a przez to znacznie bardziej wymagająca dla systemów grzewczych. Przy takich warunkach większość budynków osiąga niemal pełne zapotrzebowanie na ciepło, a instalacja nie może już liczyć na sprzyjającą pogodę ani na nadmiar mocy wynikający z przewymiarowania.
Punkt odniesienia w projektowaniu, nie w marketingu
W środowisku inżynierskim -7°C funkcjonuje jako praktyczny punkt odniesienia. Nie jest to wartość graniczna, lecz temperatura, przy której system pracuje w warunkach najbardziej zbliżonych do rzeczywistych założeń projektowych.
– Temperatura na poziomie minus siedmiu to moment, w którym pompa ciepła przestaje korzystać z marginesów bezpieczeństwa, a zaczyna pracować dokładnie w takim zakresie, do jakiego została zaprojektowana – mówi Andrzej Dragan, manager działu pomp ciepła w Kermi.
W tym momencie sezonu grzewczego zapotrzebowanie cieplne budynku spotyka się z fizycznymi ograniczeniami sprężarki i wymienników ciepła. Algorytmy sterujące nie mają już przestrzeni na korekty „w tle”. Każda decyzja – dotycząca mocy, przepływu czy momentu odszraniania – ma bezpośrednie przełożenie na zużycie energii i stabilność pracy.
Modernizowane budynki podnoszą poprzeczkę
Najwyraźniej widać to w budynkach modernizowanych, szczególnie z lat 80. i 90. XX wieku. W takich obiektach instalacje grzejnikowe często wymagają wyższych temperatur zasilania niż nowoczesne systemy niskotemperaturowe. Pompy ciepła dobrane wyłącznie na podstawie warunków laboratoryjnych zaczynają wówczas pracować na granicy swoich możliwości.
Urządzenia projektowane z myślą o realnych warunkach, takich jak -7°C, zachowują się przewidywalnie i stabilnie – dokładnie tak, jak oczekuje tego użytkownik.
Defrost – nieunikniony proces, który można zoptymalizować
Jednym z kluczowych zagadnień przy pracy pomp powietrze–woda w ujemnych temperaturach jest odszranianie parownika, czyli defrost. To proces fizycznie nieunikniony. Nawet cienka warstwa szronu może ograniczyć efektywność wymiany ciepła o 10-15%.
W prostych systemach defrost uruchamiany jest reakcyjnie – po wykryciu spadku różnicy temperatur między parownikiem a powietrzem. Skutkiem bywa chwilowe obniżenie temperatury wody grzewczej oraz wzrost zużycia energii.
Planowane odszranianie zamiast reakcji awaryjnej
Bardziej zaawansowane rozwiązania traktują defrost jako element strategii pracy urządzenia. Analizowana jest historia pracy parownika, wilgotność powietrza oraz intensywność przepływu. Dzięki temu cykle odszraniania są inicjowane wcześniej, trwają krócej i występują rzadziej.
Efekt jest trudny do zauważenia z punktu widzenia użytkownika, ale istotny w skali sezonu: stabilniejsza praca, mniejsze obciążenie sprężarki i niższe zużycie energii.
– Najlepszy defrost to taki, którego użytkownik nigdy nie zauważy. Ani w komforcie, ani na rachunku – mówi Andrzej Dragan.
Komfort zamiast parametrów z katalogu
Po zakończeniu pierwszego sezonu grzewczego użytkownicy rzadko pamiętają deklarowane wartości COP czy klasę energetyczną urządzenia. Znacznie ważniejsze jest to, czy w domu panowała stabilna temperatura, system działał bez ingerencji, a rachunki za energię były przewidywalne.
Jednym z najbardziej czytelnych wskaźników jakości systemu jest cisza. Brak nagłych zmian obrotów, brak nocnego hałasu i brak wrażenia, że urządzenie „nadrabia” zaległości, świadczą o dobrze zaprojektowanej regulacji i stabilnej architekturze całej instalacji.
– Najlepszy system grzewczy to taki, który przestaje być tematem rozmów po pierwszej zimie – podsumowuje Andrzej Dragan.







